Strona główna » Dział wybitnych » Kęstowicz Zygmunt
Urodzony(-a): 24 Styczeń 1921 ( w Szakach)
Zmarł(-a): 14 Marzec 2007 ( w Warszawie)
Pochowany (-a): na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie
Polski aktor teatralny, filmowy i telewizyjny.
Dzieciństwo spędził w Postawach, gdzie jego rodzice mieli aptekę. Dużą popularność zyskał występując na scenach teatrów: Komedii Lutnia w Wilnie (1940-1945), Miejskiego w Białymstoku (1945-1947), Kameralnego T.U.R. w Krakowie (1947-1948), Dramatycznego w Krakowie (1948-1950), oraz warszawskich: Polskiego (1950-1952), Narodowego (1952-1956), Ludowego (1952-1957), Komedia (1957-1960), Polskiego (1960-1962), Klasycznego (1962-1965), Polskiego (1965-1966), Dramatycznego (1966-1985), Ochoty (1985-1990). Zdobył wykształcenie aktorskie, zdając egzamin eksternistyczny w 1946 roku.
W latach 60. wcielił się w postać Stefana Jabłońskiego w radiowym słuchowisku "W Jezioranach". Za swoją pracę był wielokrotnie nagradzany. W 1976 roku otrzymał "Złoty ekran" za udział w telewizyjnym programie "Pora na Telesfora". W 1995 roku marszałkowie Sejmu i Senatu uhonorowali artystę Orderem Wdzięczności Społecznej za pracę w słuchowisku "W Jezioranach". Wielu telewidzów zapamiętało go z programu dla dzieci "Piątek z Pankracym". Przez ostatnie dziesięć lat grał nestora rodu Lubiczów w jednym z najpopularniejszych polskich seriali telewizyjnych "Klan".
Był Kawalerem Orderu Uśmiechu oraz członkiem Międzynarodowej Kapituły Orderu Uśmiechu.
Zygmunt Kęstowicz został pochowany 21 marca 2007 na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.
Wybrana filmografia
Filmy
Seriale
Odznaczenia i nagrody
Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Zygmunt_K%C4%99stowicz
Zygmunt Kęstowicz
Jeden z wywiadów z Zygmuntem Kęstowiczem przeprowadzonym przez Jolantę Gajdę-Zadworną, Życie Warszawy, 27 grudnia 2002
Swoją wydaną niedawno biografię zatytułował Pan "Na obrotowej scenie życia". Dlaczego?
Bo moje życie było bardzo niespodziewane. W dużej mierze przysłużyła się do tego wojna, ale nie żałuję tych zawirowań, zakrętów i obrotów losu.
Jako senior serialowego rodu Lubiczów wrócił Pan do rodzinnych aptekarskich tradycji. Czy zapach dawnej apteki bardzo różni się od obecnych?
Tamten był przesycony aromatem ziół i leków, które bardzo intensywnie pachniały. Mieszał się z zapachem waleriany i mydełek pulsa. Wypełniał całe pomieszczenie. Wystarczy, że dziś zamknę oczy, wciągnę powietrze i już go czuję.
Zapachy dzieciństwa wiążą się także z potrawami. Podobno Pana mama słynęła z kołdunów. Pochwalił je nawet kiedyś znany aktor.
Ach, stary Leon Wołłejko. To niesamowita historia. Byłem małym chłopcem, gdy po gościnnych występach teatru w naszym mieście aktorzy zostali zaproszeni przez ojca na obiad, m.in. Leon Wołłejko. Po wielu latach, w trakcie teatralnego objazdu trafiłem do Lublina. Na spotkaniu po spektaklu podszedł do mnie siwiuteńki staruszeczek i mówi: Ajaj, Kęstowicz, toż ja u twojej mamy najlepsze kołduny jadłem.
Jak to się działo, że tyle znakomitych osób bywało w domu Pana rodziców?
Nasza apteka była jedyną w Postawach, mieście liczącym 3 tys. mieszkańców. Ale nie z tego powodu mieliśmy takich gości. Mój ojciec był człowiekiem ciekawym, otwartym, serdecznym. Lubiano go w całym powiecie, a nawet województwie. Ciągnęli do nas artyści, swego czasu znalazł tu schronienie Piłsudski. Potem przyjeżdżał jeszcze do nas kilka razy.
Powtarza Pan, że "nie urodził się na aktora", ale od początku miał Pan z ludźmi sceny kontakty, których niejeden mógłby Panu pozazdrościć.
Rzeczywiście, aktorstwo wciąż koło mnie krążyło, chociaż rodzice pragnęli dla mnie kariery prawnika. Duży nacisk kładli na wykształcenie. Od dziecka uczyłem się języków - francuskiego, angielskiego. Miałem studiować najpierw na uniwersytecie w Polsce, potem w akademii w Paryżu. Plany pokrzyżowała wojna. I nagle okazało się, że było mi pisane aktorstwo. Wszedłem w środowisko, które wcześniej podziwiałem na scenie i w domu. A bywały u nas takie znakomitości, jak Malicka czy Osterwa. Najlepsze polskie teatry przyjeżdżały na występy do Domu Ludowego, gdzie działała bardzo porządnie zorganizowana scena. Kiedyś śpiewał na niej także chór Dana. Jego gwiazdą był Mieczysław Fogg. Proszę sobie wyobrazić, że tenże Fogg przyszedł kiedyś do naszej apteki. Miałem wtedy siedem lat i patrzyłem na niego jak w tęczę. A jak zareagowała na jego widok panienka, która pracowała w aptece! Ona też musiała mu się spodobać, bo była to przepiękna osoba. Fogg miał kupić tylko proszki od bólu głowy, tymczasem stał z rosnącą górą pakunków przy ladzie, nieświadomie coraz bardziej odsuwając rękawiczki. Przyszło mi do głowy, że jeśli schowam te rękawiczki, to potem będę miał pretekst, żeby za nim pobiec. Złapałem je więc i wsunąłem pod sweter. Gdy z paczuszkami zawieszonymi na wszystkich palcach Fogg wyszedł, ruszyłem za nim i... rękawice wypadły na podłogę. Gdy je panna Janka zobaczyła, jak chwyciła, jak pobiegła... A ja nieszczęsny zostałem ze łzami w oczach. Gdy po wielu latach spotkałem Fogga w Warszawie, spisałem tę historię i wręczyłem mu.
A czy nie było łatwiej ją opowiedzieć?
To pisanie, jak aktorstwo, też gdzieś za mną szło. Jeszcze w 1938 r. w gimnazjum zostałem redaktorem pisma "U Mety". Potem chętnie spisywałem różne historie i spostrzeżenia.
W "Klanie" gra Pan wilniuka. Kresowa melodyjność języka przydaje się teraz, a jak było wcześniej?
Póki występowałem w Białymstoku, zaciąganie nikogo nie raziło, ale gdy dostałem zaproszenie do Krakowa, Stanisława Perzanowska przestrzegła mnie, żebym się pilnował i nie zmiękczał głosek. Bardzo się tym przejąłem. Ćwiczyłem nocami i szybko miałem osiągnięcia, ale melodyjność gdzieniegdzie pozostała.
Wigilia to jedyny dzień w roku, gdy zwierzęta mówią ludzkim głosem, ale Pan z Telesforem i Pankracym potrafił się dogadywać przez cały rok.
Przeżyliśmy kilkanaście lat. Pankracy bardzo pomagał mi nawiązać kontakt z dziećmi siedzącymi przed telewizorem i tymi, z którymi spotykałem się w szpitalach, aby pomagać małym pacjentom w niełatwych chwilach. To przynosiło dużą satysfakcję.
Co się stało z Pankracym?
Zmarł. Przez lata za tą lubianą postacią skrywał się Hubert Antoszewski. Wszyscy znali jego głos, rzadko kto twarz. A pomniejszoną pacynkę Pankracego mam w domu.
Telesforowi i Pankracemu poświęcił Pan sporo lat. Jeszcze dłużej żył Pan jako Stefan.
To już czterdzieści kilka lat, odkąd jestem w radiowych "W Jezioranach"! Jeśli ktoś krzyczy na ulicy: Stefan! Zawsze się oglądam.
Dlaczego nie lubi Pan grać w filmach?
Tak mówiłem? Chyba chodziło mi o to, że w tej chwili produkcje realizuje się zbyt pospiesznie. Nie ma czasu wczuć się w rolę, przeżyć ją w pełni. Kiedy zaproponowano mi udział w "Klanie", bardzo się obawiałem tego tempa, ilości tekstu do nauczenia z dnia na dzień. Wyszedłem ze szkoły, która nie toleruje nieprzygotowanego aktora. Na szczęście reżyser i scenarzysta zgodzili się, żebym mówił w niektórych przypadkach kwestie własnymi słowami. Jedynym filmem, w którym przygotowanie do roli trwało odpowiednio długo, była "Baza ludzi umarłych". Każdy z aktorów tam grających wziął urlop w teatrze. Kilka tygodni spędziliśmy w górach, dojeżdżając codziennie 24 km po ośnieżonych krętych drogach na plan. Wytworzyła się atmosfera prawdziwej bazy. Zdjęcia trwały długo, bo kręciliśmy w zimie, w naturalnym świetle, więc po 2-3 godzinach trzeba było je kończyć.
Podobno sam Pan prowadził tę ogromną ciężarówkę?
Przyjechałem dwa tygodnie wcześniej, żeby potrenować. Dobrze czuję się za kółkiem. Już jako 12-latek przekupywałem szofera ojca i pozwalał mi prowadzić na polnych drogach. Szyba była dosyć wysoko, więc żeby widzieć drogę, podkładałem na siedzeniu "10-lecie Polski odrodzonej" i... Biblię. Gdy skończyłem 16 lat, zrobiłem w Wilnie prawo jazdy. Przed zdjęciami do "Bazy..." trenowałem jazdę po ośnieżonych drogach z szoferem u boku. Kiedyś zatrzymał nas jakiś człowiek: Panie - mówi - Może by pan coś przewiózł. - Proszę bardzo - odpowiadam. Dojechaliśmy do jakiejś wsi, rozładowaliśmy towar, a on wyciąga 10 zł. Ja nie chcę brać, ale siedzący obok mnie kierowca mówi: Weź pan, nie rób przykrości, to pierwsze uczciwie zarobione pieniądze.
Źródło:
http://www.teatry.art.pl/portrety/kestowicz_z/zknz.htm (Fragmenty z artykułu Janusza R. Kowalczyka, Rzeczpospolita, 15 marca 2007)
http://www.teatry.art.pl/!rozmowy/toz.htm